Marian Wantulok
Ustroń

Moje wędrowanie po Ukrainie
(wersja krótsza)

Kto by myślał, kto by się spodziewał
Że gdzieś za światem w bodziakach czehryńskich
Że gdzieś na kresach niegdyś ukraińskich
Taki świat dzielny i uroczy bywał?
Wincenty Pol

Do napisania tego tekstu zachęciła mnie lektura artykułów profesora Kazimierza Denka, który pięknie opisuje swoje wędrówki po Karpatach Wschodnich1, zachęca młodzież do uprawiania turystyki i propaguje ją jako sposób na życie. Zgadzam się z nim, że kontakt z górami może mieć wpływ na całe życie człowieka, jestem tego przykładem. Pragnę też podzielić się własnym doświadczeniem z wędrówek po Ukrainie, aby ustrzeć przed kłopotami lub nastawić psychicznie tych, którzy zapragną pojechać w tamte strony.

Okazja wyjazdu na Ukrainę nadarzyła się w drugiej połowie lipca 2000 roku, dzięki poznanemu wcześniej koledze, który miał już tam pewne kontakty i znał realia. Oczywiście przed każdym wyjazdem dzwonimy do siebie kilkakrotnie, by ustalić szczegóły w sprawie zabieranego ze sobą prowiantu i prezentów, cały czas bowiem nawiązujemy nowe znajomości.

Tuż za granicą, w jednej z małych miejscowości, autokar, zbaczając nieco z kursu na naszą prośbę, zatrzymuje się na poboczu. Z pobliskiej stodoły Andriej, nasz ukraiński przyjaciel, wyjeżdża swoim Fordem Tranzitem, my przeładowujemy plecaki i już spokojnie podróżujemy do celu. Słowo spokojnie należałoby wziąć w cudzysłów, pamiętam bowiem szok, jaki przeżyłem podczas pierwszej wyprawy, kiedy to znajdowaliśmy się w okolicach miasteczka Stryj. Wtedy to zajechał nam drogę motocyklista i to w ten sposób, że trzeba było się zatrzymać. Andriej bez namysłu otworzył skrytkę, wyjął pistolet, wyskoczył z samochodu i ... to wystarczyło, by motocykl zniknął za najbliższym zakrętem. Kierowca naszego Tranzita nieźle się uśmiał widząc nasze miny, chowając zaś swoją broń stwierdził "to się zdarza".

Jak wędruje się po Karpatach Wsch. trafnie opisał Pan prof. Kazimierz Denek (Hejnał Oświatowy 5/99), dodam tylko że oprócz map - popularnych "setek" dobrze mieć przy sobie przewodniki:J. Gudowski "Ukraińskie Beskidy Wsch. i H. Gąsiorowski "Przewodnik Po Beskidach Wsch.", z tym, że ten ostatni wydany jeszcze przed Drugą Wojną Światową zawiera dokładne opisy szlaków znakowanych, niestety oznaczeń już nie ma, tak jak zresztą i schronisk, po których pozostały ruiny. Spotykani podczas wędrówek grzybiarze czy też pasterze zazwyczaj chętnie udzielają wskazówek dotyczących dalszej wędrówki.

Kiedyś nastąpiło gwałtowne załamanie pogody. Na nasze szczęście spotkaliśmy kobietę, która zaprosiła nas do koliby rodziców. Nigdy nie zapomnę atmosfery, oraz tego, że przyjęto nas tam iście po królewsku, w parę chwil pokrojono grzyby (prawdziwki), na piecu skonstruowanym z resorów samochodowych ugotowano je w śmietanie, do tego ziemniaki. Nigdy nie zapomnę smaku tej prostej w założeniu a jakże smacznej potrawy.

Z tą rodziną zaprzyjaźniliśmy się już do tego stopnia, że w tym roku z Czarnochory przyjechaliśmy specjalnie do Bystricy (dawnej Polskiej Rafajłowej), by ich odwiedzić, przywieźć zamówione przez nich nasze krajowe kosy oraz ubranka dla dzieci. Tym razem podejmowano nas pierogami w śmietanie, dodatkowo okraszonymi skwarkami.

Nie sposób nie wspomnieć Wiktora, własciciela sklepiku, w którym można kupić przysłowiowe mydło i powidło, lecz kłopoty są z nabyciem np. ziemniaków czy jaj. Wódki natomiast jest pod dostatkiem i to w dosyć szerokim asortymencie. Można ją sobie wypić na miejscu (przy ladzie) ze sztakana - kieliszka dosyć dużej pojemności z grubego szkła.

Wiktor, jako lokalny biznesmen, wybudował również drewniany hotelik, ale oferowane ceny raczej będą odstraszać prawdziwych turystów. Sama Rafajłowa (osobiście wolę tę nazwę) jest bardzo dobrą bazą wypadową nie tylko na Przełęcz Legionów, Bratkowską, Doboszankę, ale i w kulminację Łopusznej, gdzie majestatycznie wznosi się szczyt najwyższego wzniesienia w Gorganach - Siwuli /1836m/.

W czasie jednej z wędrówek, przed Ruszczyną, w miejscu, które na mapie figuruje jako Jamy, zaskoczył nas widok wycelowanej w nas dubeltówki i głos młodego mężczyzny, który zachowując się dosyć nerwowo, i tonem nie tolerującym sprzeciwu, zażądał okazanie dokumentu zezwalającego na poruszanie się w tym terenie. Tu przydał się talent Grzegorza, który po krótkiej wymianie zdań, zadał sakramentalne pytanie: "A ile u Ciebie kosztuje taki papier?"

Jako, że była nas czwórka, padła cena 40 grywien. Zdarzenie nie wyglądało wesoło, cały czas trzymani byliśmy na "muszce". Po wręczeniu pieniędzy "Janosik" przepuszczając nas, oddał strzał w powietrze, jakby chciał dać nam do zrozumienia że to nie były żarty. Dopiero na drugi dzień po powrocie do Rafajłowej dowiedzieliśmy się, że był to Jura, syn gospodarza jednego z gospodarzy. Jeszcze raz spotkaliśmy go podczas noclegu na Połoninie Ruszczyna o drugiej w nocy, kiedy to spacerował sobie o tej porze z jakimś innym watażką, od czasu do czasu strzelając, chyba tylko dla dodania sobie animuszu, gdyż nigdy nie spotkaliśmy nawet śladu zwierzyny łownej.

Kiedyś, w sklepiku u Wiktora, dosiadł się do nas starszy pan, przedstawił się nazwiskiem - Dobrzyniecki, i opowiedział nam swoją smutną historię. Ma korzenie polskie, jego matka i siostra zostały zamordowane przez nacjonalistów ukraińskich tuż po wojnie, on sam, jako dwumiesięczny niemowlak, został uratowany przez swojego ukraińskiego chrzestnego. Historię tę potwierdził sam Wiktor.

Na szlakach Gorganów jak i Czarnochory co rok spotykamy więcej Polaków wędrujących indywidualnie bądź w grupach zorganizowanych. Czasami spotkania są miłe, wymieniamy uwagi, ratujemy się nawzajem np. oddając kartusz z gazem, bądź dając jakiś specyficzny lek. Można też i nieźle się pośmiać. Kiedyś spotkaliśmy grupę, której uczestnicy, będąc już w górach od dziesięciu dni, ciągle do siebie zwracali się per pan, pani. I to, co jest bardzo smutne w moim przekonaniu, to fakt, że na szlakach można natknąć się na takie pozostałości po naszych "turystach" jak puszki po polskich konserwach i inne śmieci.

Z każdej wyprawy przywożę kilkadziesiąt slajdów, które służą mi podczas prelekcji w Polsce, jak i różne pamiątki np. łuska z pocisku armatniego z okresu pierwszej wojny światowej, kawałek drutu kolczastego z okopów, czy też czapka leśnika.

Drogi Czytelniku, nie jestem literatem, więc proszę o wybaczenie mi prostoty treści tego artykułu. Moją życiową pasją są góry, a w szczególności Karpaty i temu poświęcam każdą wolną chwilę. Nie ma bowiem nic piękniejszego, jak wędrowanie po tych pięknych, dziewiczych wydawałoby się jeszcze miejscami, terenach.

  • descriptionGaleria - Wiosna
  • descriptionGaleria - Lato
  • descriptionGaleria - Jesień
  • descriptionGaleria - Zima